Jest
ich wiele. Jednak wciąż jeszcze za mało. Każdy z nas niejednokrotnie
odczuwał ich nie tyle obecność, co otaczającą nas intensywność. Często
mijamy je, by spóźnieni równoczesnością, odwracając się ... nie ujrzeć
nikogo. Czasem staramy się usilnie zdobyć jakąś namiastkę, która
utwierdziłaby nas o słuszności wiary w ich istnienie. Naiwnie przyjmując, że
naoczność może służył za wystarczające kryterium prawdy. Chcemy zapomnieć.
Rozwarstwić codzienność. Wraz z nimi zniknąć, by ustami dotknąć rozczarowany
naszym istnieniem nieboskłon. Bezskutecznie. Nagminnie. A potem możemy je
dostrzec. Krążące wokół zmęczone Anioły, noszące w sobie nasze drobne,
każdorazowo oddane klęski. Rozdarte horyzontem naszych wspomnień, skryte za
owymi upragnionymi przez nas najbliżej pośród sekund rozpaczy. Milczące.
Wielu niejednokrotnie próbowało nie tyle określić, co przechwycić ich
tożsamość przyporządkowując im bezpieczne, artretyczne kryteria sensu,
naznaczone celowością wobec czasu i przestrzeni. Jak gdyby nie do końca
rozumiejąc, iż to, co rzeczywiste - domyślne jest tylko. Byli jednak i tacy,
którym udało się wsłuchać w ów jakże często dotykany przedświt bezkresu; by
potem w kalekim od słów języku odwzorować ich zewnętrzną wobec nas
równoległość. Formę istotowo czystą. W bliskości swej tak dalece odległą.
Jeden spośród śmiertelnych, uchodzący za ucznia apostoła Pawła, zwany przez
nas Dionizym przezwyciężając zwodnicze pułapki pewności poznania w swym
onieśmieleniu pisał o nich, iż: "... z nadsubstancjalnej mocy, z tego, co
ona im udziela, uzyskały one swoją moc i bycie im właściwe oraz pragnienie
bycia zawsze, i samą moc ich pragnienia bycia zawsze." (Imiona Boskie,
rozdz. VIII). Trudno jednak określić na ile owa przyporządkowana potrzeba
realności nie jest wyznacznikiem istnienia. Długiem niemożliwym do
spłacenia. Pokutą za nasz osobisty brak przytomności. Namiastkę bycia
prawdziwości Bytu. Tymczasem my przełamując dni beztrosko wierzymy, że
odkształcając siebie pozyskamy ich przychylną nam wrażliwość. Siląc się na
empatyczne nieporozumienia. Za każdym razem, gdy staramy się wykraść
niebiosom tajemnicę samostanowienia. A więc tak naprawdę tego, co dla nas
nieistotne. Tęsknimy uważnie. Lecz do tej pory wszelkie próby nawiązania
kontaktu nie urzeczywistniły niczego. Zawsze kiedykolwiek chcemy z nimi
porozmawiać - nić porozumienia ulega radykalnemu nadwątleniu. Inwencja
światła zatacza krąg. Za każdym razem, gdy chcemy by nas usłyszano,
bezszelestnie padają na kolana. W ciszy swej skupieni. Zbierający ziarna
rozproszenia. Być może Dionizy Areopagita podający się za świadka obecnego
przy śmierci Maryi, matki Jezusa Chrystusa pomylił się, czy też zbyt
wcześnie zwiastował pisząc: "Jako bezcielesne, które poznają bardziej niż
nadnaturalnym sposobem, one właściwie oświetlają rozum bytów, one również
przekazują to, co słuszne, tym bytom, które są do nich podobne." (Imiona
Boskie, rozdz.IV). Być może tym razem to my się spóźniliśmy. Któż bowiem
to wie, ileż to razy rozdzierały przed naszymi oczyma czas, usilnie nas
wyprowadzając z bezdennej otchłani szeptów ku temu, co katastrofalne w
skutkach przecież dla nich samych. Zakradając się pomiędzy promienistość
ciał naszych. Oddając siebie. Raniąc. Budujemy światy interpretując
wszystkie te odnalezione drzazgi. Zaniedbujemy dotyk. Tymczasem one chłoną
bezkształtność naszych zimnych ciał. A potem, z każdą, kolejną chwilą, gdy
my w egzystencji swej się-stajemy-wygasają, światłoczule. Wydrążając siebie
w sobie. Trwając, dezintegrują się w tworzywie - by bezpowrotnie stać się
fragmentem teraźniejszości pod naszymi poszarzałymi stopami. Zaledwie...
(Sebastian Harmazy)