* * *
całuję we wszystkich kolorach świata
srebrno i złoto
ciemną czerwienią całuję
twoje wargi osuwają się ze mnie
fioletowo i chmurnie
gdy milczysz
błyskiem zębów
potrafię ubrać niebo
w najpiękniejszy wschód miłości
południe - dusznym zapachem pomarańczy
zniża się ku nam
bierze nas w siebie
rozżarzone niebieskie słońce
nic nie mówmy nocy - noc jest głucha
czarno całujemy się i zmroku
ręką gładząc sypką kocią sierść
Halina Poświatowska
* * *
to są nasze noce
rozsypane
na gwiazdy na słońca
lśniące uparcie
światłem jak drżeniem
przeszywające mrok
to są nasze dni
ociemniałe bezgłose
żebrzące na rogu ulicy
wyciągające strzępki rękawów
po jałmużnę
z ptasich rąk
to są nasze śmierci
jednakie
przypieczętowane czworokątnie
na czerwonych bokach kamienic
kamieniom oddane
odżegnane
samotne
Halina Poświatowska
* * *
manekiny mają ślepe piersi
kształt łydek jak napięta struna
dźwięcząca wiecznie
chłodnym tym samym tonem
manekiny mają włosy skończone
a twarze szczupłe
zapatrzone w siebie
spod przymkniętych powiek
manekiny
pogardzają tłumem
nie drżą
w istnieniu doskonałe
nieruchome
rozpościerają palce chwil
nad mijającą barwą jedwabiu
z twarzą przyklejoną do szyby
pod suknią
pod szalejącą suknią
jestem wspaniałym elastycznym manekinem
Halina Poświatowska
* * *
jestem zapięty
cierpką agrafką
nie mam ust
w sztywnym prześcieradle
przedmiot z krzyczącą nogą
pięć palców
pod windą
rzucony na łup
- nie chcę -
kopię
kopię uparte drzwi
nasłuchuję cierpliwego skowytu
czekam
zgięty nade mną
wczoraj
wszeptywał wielką prawdę
o zielonym niebie
o tańczących aniołach
opłatek wiary był tak okrągły
że umilkł w gardle
zjechałem w dół
kopę
kopię umarłe drzwi
chcę wjechać windą
na najwyższe piętro nieba
Halina Poświatowska
* * *
do kogo będą modlić się wróble
strachu w słomianym kapeluszu
pożeglowałeś z wiatrem
zamieszkałeś na różowej chmurze
porowata porosła
twoja twarz jak twarz ziemi
pachniała mlekiem i czosnkiem
wyżej - tkwił słomiany kapelusz
ucieczko złodziei
jehowo na zwykłych nogach
tkwiących w butach namokłych
rzucający mannę grochu
w słońcem pieszczone zagony
pożeglowałeś z wiatrem
zapomniałeś o kłosach o chlebie
świegocące płochliwe
śmiało
chwytajmy słomiany kapelusz
żeby nie mógł zamieszkać w niebie
Halina Poświatowska
* * *
Jestem Julią
mam lat 23
dotknęłam kiedyś miłości
miała smak gorzki
jak filiżanka ciemnej kawy
wzmogła
rytm serca
rozdrażniła
mój żywy organizm
rozkołysała zmysły
odeszła
Jestem Julią
na wysokim balkonie
zawisła
krzyczę wróć
wołam wróć
plamię
przygryzione wargi
barwą krwi
nie wróciła
Jestem Julią
mam lat tysiąc
żyję -
Halina Poświatowska
* * *
przechodzili koło mnie
tak blisko
że mogłam ich dotknąć ręką
na ramionach nieśli gałęzie
- śpiewali -
dobro jest dobrem
a zło jest złem
sprawiedliwość jest dobrem
a niesprawiedliwość jest złem
miłość jest dobra
i miłość jest zła
więc dobro jest złem
i zło jest dobrem
i wtedy wyszłam z cienia
i zastąpiłam im drogę
zamilkli -
a przecież
byłam tylko piękna
mówiła Si-szy
pieszcząc gałązkę bzu
Halina Poświatowska
* * *
pragnę mocniej
do pożółkłej topoli
na srebrnej drodze
pełnej lipcowego kurzu
pragnę Ciebie
deszczem na moje nagie ciało
spłyń
drzewa szeptały trwożnie
dzień dzień
śmiały się cicho
noc
nocą w moje rozchylone ręce
ciepłą nocą
wilgotną rosą
przyjdź
Halina Poświatowska
* * *
chcę pisać o tobie
twoim imieniem wesprzeć skrzywiony płot
zmarzłą czereśnię
w twoich ustach
składać strofy wygięte
o twoich rzęsach kłamać że czarne
chcę
wplątać palce w twoje włosy
znaleźć wgłębienie na szyi
gdzie stłumionym szeptem
serce zaprzecza ustom
chcę
twoje imię z gwiazdami zmieszać
z krwią
być w tobie
nie być z tobą
zniknąć
jak kropla deszczu którą wchłonęła noc
Halina Poświatowska
* * *
pamięci Amadeo Modigliani
i Jeanne Hebuterne
ich dwoje
poprzez zastawki serca
widoczni na wylot
z profilu
oprawieni w ból jak w złoto
patrzą powieszeni
na astralnym gwoździu
noc jak ściana
za nimi
wszechświat z obojętnymi
oczyma gwiazd
i tylko oni - samotni
w odrapanym oknie
ziemskiej ulicy
a mówili że nie ma miłości
kłamali że miłość umarła
w sanatorium śpiewającym karbolem
na bardzo ludzką gruźlicę
tymczasem
wysoko pod dachem
okno
z doniczką pelargonii
obrodziło czerwono
miłość - posypała się płatkami
w dół
Halina Poświatowska
* * *
nie mówiłam uśmiechem
bo uśmiech
wypadł na ostrym zakręcie
zniknął
nie krzyczałam strachem
strach jest niemy
stoi pod ścianą
patrzy
i nie podbiegłam
na szybkich nogach
bo moje nogi nie chodzą
rosną
tylko wtuliłam głowę
w twoje miękkie współczucie
i było tak jak sen kota
mruczącego pod piecem
o ciepłym futrze
Halina Poświatowska
* * *
Poprzez uśmiech
do mnie przyjdziesz
przygryzłszy wargi
gdy już spłoniesz
w zielonym ogniu książek
moje ręce
przytulą cię
okrytego
kurzem dróg których nie przeszedłeś
ciemne tajemnice istnień
wypijesz z moich ust
i na moim ramieniu
wyliczysz
ile jest nieskończoność mnożona przez wieczność
liczydłem znakomitym
będą niepoliczone włosy
piersi - złote połowy
ziemi która jest twoim domem
i ulice wszechświatów
po których idziesz lekko
moje nogi przed tobą
tak będziesz zgarniał wiedzę
nieprzebraną zamkniętą
w rytmie mojej tańczącej krwi
Halina Poświatowska
* * *
Wlej się - będziemy czytać wiersze
będziesz powtarzał uparcie
„noc jak ściana”
i zobaczysz ścianę
i na ścianie znajdziesz
przyczepione zardzewiałą pluskiewką
dwa serduszka z czerwonego papieru
rozczulisz się - jakie śliczne
geometryczne
idylliczne
kiedy trzepocą
kiedy tę krew
do góry i w dół
kiedy krzepną
kiedy zdechną
i odrodzą się w początku wiersza
„ich dwoje„
Wódki
to nic - że w głowie wiatrak
z śmiesznymi skrzydłami
a za oknem
ta ściana - jak noc
wieczór jest taki krótki
słowa krótkie
skrzydłami wiatraka
bije w głowie - co? -
noc - ta noc - jak ściana
Halina Poświatowska
* * *
Miłość która związała nam usta
nie zechce rozwiązać ust
nie będzie zła
nie będzie nieprzebłagana
Dziedzilia pani miłosna
Bóstwo najśmielszych pogan
Dziedzilio pani miłosna
do ciebie - wznoszę ręce
oczy napełniam łzami
modlitwą niewypowiedzianą
zaklętą w szumie liści
dzwoniącą w szeleście
kropel
do ciebie
Dziedzilio pani miłosna
nie chciej
rozwiązywać - co związane
zrywać
co na wieczność miłości spojone
nie zabieraj
owoców swoich
do naszych ust
Dziedzilio pani miłosna
Halina Poświatowska
* * *
Chowanna
przyjdź z umarłego lasu
powiedz
ustami wyrzeźbionymi w korze
prawdę
o śmierci o miłości
prostsza od twoich sosen
Chowanna
ciepła jak pulsujący zimowy piec
Chowanna
zniewalasz
barwą i kolorem
urzekasz
zapachem więdnących liści
twoje piersi wycięte w sośnie
oddychają moim oddechem
Chowanna
zgładź z powierzchni ziemi
wszystkie nie otwarte drzwi
Halina Poświatowska
* * *
mówię jej dzień dobry
omijając krzak głogu
porośnięty kroplami deszczu
mówię jej dzień dobry
w odlatującej barwie
domyślając się skrzydeł motyla
witaj na wielkim morzu
granatowa przestrzeń
uległa tobie szepce
zbielałymi ustami pian
witaj ziemio
przyszłam żeby się paść
przyszłam żeby zgarniać
Moim ciałem twoją mądrość rozkwitu
przyszłam żeby odchodzić
w każdym błysku
w każdym zmierzchu
noc po nocy
dzień po dniu
Halina Poświatowska
* * *
spiczastoucha
w pręgi
ponad którymi oczu
konstelacja zielona świeci
wybacza ci się okrucieństwo
i świergot
w twoim gardle milknący
wybacza ci się egoizm
przerastający najwyższe drzewa
i daje we władanie wieczne
bo także dla twej opornej duszy
która kiedyś bez sierści
przeciągnie się w szybkim wietrze
płot i kolana
padołek miękki
żebyś mogła trącać paznokciem
trzepot i ciepło
dwie struny
na których wygrywasz
swój kosmiczny niedosyt
amen
Halina Poświatowska
* * *
o tobie w sennym cieniu
przychodzisz
i jesteś cieniem
posianym na złotej skórze dnia
więc oparta o ścianę twoich ust
odpoczywam w cieniu
uśmiechem
wołam twoje dłonie
stado czerwonych motyli
gęstych w słońcu
trzepotem
opadających na trawę mojego ciała
pod pniem sosny
na leniwym zboczu ziemi
leżymy z piętami w słońcu
jęk mewy gaśnie
nad szepczącym modlitwy morzem
Halina Poświatowska
* * *
nie kwitnij pod moim oknem
w deszczu
nie proś szyby
żeby pod twym oddechem ciepłym pierzchła
tyle liści
odeszło aby nie wrócić
przeklętą zielenią
podpełzasz pod moją głowę
i przez brwi ściągnięte
mówisz: jestem
a ja odpycham
twoje srebrne ciało
w zaciśniętej pięści pospiesznie
kruszę na pył zerwane liście
Halina Poświatowska
* * *
kto potrafi
pomiędzy miłość i śmierć
wpleść anegdotę o istnieniu
zgarniam brunatne plastry książek
nasłuchuję brzęczenia słów
pomiędzy miłość i śmierć
wpleść
nikt nie potrafi
i tylko czasem
naprzeciw słońca
w zmrużonych oczach błysk
chwila roztrącona na tęczę
twarzą w twarz
naprzeciw słońca
w oślepłych oczach
treść niknąca...
na krańcach
miłość śmierć
Halina Poświatowska
* * *
Hasiu Hasieńko
nie bój się nie
masz takie ładne usta
i takie oczy wiesz -
zaciśniesz ładne usta
zamkniesz ładne oczy
i jeszcze dłoń w niewielką zwiniesz pięść
Hasiu - Hasieńsko
miałaś sukienkę w kropki
miałaś
lubiłaś dzwonić koralikami
lubiłaś -
i miasto które przychodzi w nocy
kochałaś - tak
spójrz -
to wcale nie tak daleko
oni mówią - niebo
spójrz to całkiem blisko
oni mówią - noc
a ty - wrócisz do miasta -
wykwitniesz imieniem
na ustach -
Hasiu Hasieńko
już trzeba iść - no chodź
Halina Poświatowska
* * *
ona była jak ciemne wino
ociekająca światłem noc
ona była jak gorzkie wino
z ust poprzez zęby
spłynęła w zaciśnięte gardło - noc
stopy tańczące - trawa
dłonie - gałęzie drzewa
niosła złotą pochodnię
do ciemno zamyślonych ust
i wszystko było o miłości
i nawet Jimmy przy drzwiach
głuchy Jimmy - ślepy Jimmy
kołysał głową w takt
ona była jak mocne wino
w woskowych kroplach - we łzach
zmierzch głęboki na oczy spłynął
i na usta cieniem spadł
była jak wino w tawernie
o północy - ze światła gwiazd
Halina Poświatowska
* * *
we mgłę go wyprawiłam
w deszcz co na rzęsach przysiadł
a opowiadał pięknie
o zakręcie rzeki
i dom rysował paznokciem
na gładkim blacie ulicy
i podawał mi kwitnącą przyszłość
jak owoc pomarańczy - na dłoni
we mgłę go wyprawiłam
w deszcz co na rzęsach przysiadł
samobójczymi kroplami
żeby opaść i zniknąć
wsiąknąć cieczą zieloną
w spragnione ciało trawy
stoję niezmiernie sama
na nagiej obcej ziemi
Halina Poświatowska
* * *
z tęsknoty piszę te wiersze
z bolesnej
drżącej śpiewny owoc ciała
patrząc na samotne palce
mogę wysnuć pięć poematów
dotykając moich napiętych ust
szepczę
i słowa - rozkołysane rytmem wielkiej wody
plotą się w wiersze
mokre
bardzo słono biegną poprzez twarz
Halina Poświatowska
* * *
nie jestem sama
ze mną jest woda
która patrzy moimi oczyma
uśmiecha się moimi ustami
i nasłuchuje
tysiąca słów złotych słonecznych
uskrzydlone słowa
ptactwo pierzaste
chmury was nade mną
jak pocałunki
garniecie się do rąk do ust
i wszystko płonie
rozsypane w słońcu
nie jestem sama
ze mną jest trawa
której każde źdźbło
powtarza kształt moich palców
Halina Poświatowska
* * *
jestem jak gwiazda
gotowa w każdej chwili
zsunąć się z nieba
runąć we wszechświat
jestem jako owoc dyni
dojrzały gotów rozpęknąć
i wydać ze swego wnętrza
plon ziarna
jestem jak rozdeptany ptak
w agonii
rozczesujący dziobem skrzydła
podziwiający ich wietrzną konstrukcję
jestem jak błysk słońca
na ciemnym metalu drzwi
które prowadzą we wszechświat
Halina Poświatowska
* * *
z kwiatów jestem
z ptasiego skrzydła
wiatr we mnie mieszka
kiedy rozwinięta
wiatr chłonę
krople zielonego deszczu
budzą mnie z wiosną
i przecieram oczy
z pierza i z mięsa
z gęstej tkanki ziemi
unoszę głowę otwartą oczyma
w ręku zaciskam
zielony strzęp nieba
gałąź niewielką
w mocnych zębach trzymam
z uśmiechów - z bólu
który żłobi trójkąt
nad moim czołem
z świateł i z księżyca
z miłości prostej jak drzewo jest proste
z ziemi co złoto w dłoni mej zakwita
Halina Poświatowska
* * *
chcę cię nakarmić sobą
dotknij ustami
wypukłego brzegu ziemi
niech cię upiję
bolesna świadomość wieczności
kwitnący a przydrożny
zgięty przeczuciem plonu
jak sad jestem
otwarta
dla skrzydeł ptasich i słońca
przyjdź do mnie ręką wiatru
usta okrutne połóż
na mojej ciepłej szyi
w liści szept wszystkie palce
żeby umilkł
pragnieniem
jak sierp księżyca wąskim
podetnij gardło dnia
podnieś mnie z ciemnej ziemi
kwitnący a przydrożny
jak sad jestem
Halina Poświatowska
* * *
w wiośnie
zanurzony po krańce włosów
w miłości mojej
jak w słońcu
osą jestem
zgarniającą w złote plastry miód
dni moje - chwile moje
w otwarty ul twoich ust
żyj
wiatr jest po to - żebyś otworzył dłonie
i w palcach pozwolił mu mieszkać
słońce po to
by ciepło
pełgło po skórze twoich ust
chodź
ziemia po to - żebyś mógł dotknąć policzkiem
ciepła mojej czerwcowej skóry
w wiośnie zanurzony po krańce włosów
bądź
Halina Poświatowska
* * *
a mówiłam - oczy masz złote
a mówiłam - uważaj bo skradną
a płakałam gdy odchodziłeś w noc
i ustami przywartymi do szkła
nazywałam imionami gwiazdy
rzęsy miałeś nade wszystko ładne
teraz płoną na niebie
teraz drżą
w migocie deszczowych kropli
na policzkach je czuję na dłoniach
tak mnie pieszczą
tak żywe są
jakby nigdy i żadna noc
nie przykryła ich chłodnym cieniem
który spłoszył uśmiechnięty słońcem dzień
rzęsy miałeś nade wszystko ładne
więc pamiętam i czuję i wiem
Halina Poświatowska
* * *
żeby napisać o tych różach
spieszyłam się nieskończenie
żeby nim umrą napisać
stałam przyciskając do szyby palce
patrzyłam na ich śmierć
one krwawiły
skarżyły się kolorem
i tylko
więdły
patrzyłam na ich śmierć
w agonii róż
przeglądam usta
a gdy skurczone zgasłe
przywarły obco do siebie
odeszłam
wciskając paznokcie w palce
odeszłam
w inną śmierć
Halina Poświatowska
* * *
uszyta ze słów
zapięta na guzik
tęsknota - przywarła ciasno
i teraz sprawdzam
pory dnia
odwracam rano
żeby zajrzeć w twoje oczy otwarte
dzień dobry mówię oczom
pochylona nad snem co odchodzi
końcem palców dotykam powiek
odpędzam sen
Halina Poświatowska
* * *
odłamałam gałąź miłości
umarłą pochowałam w ziemi
i spójrz
mój ogród rozkwitł
nie można zabić miłości
jeśli ją w ziemi pogrzebiesz
odrasta
jeśli w powietrze rzucisz
liścieje skrzydłami
jeśli w wodę
skrzelą błyska
jeśli w noc
świeci
więc ją pogrzebać chciałam w moim sercu
ale serce miłości mojej było domem
moje serce otwarło swoje drzwi sercowe
i rozdzwoniło śpiewem swoje sercowe ściany
moje serce tańczyło na wierzchołkach palców
więc pogrzebałam moją miłość w głowie
i pytali ludzie
dlaczego moja głowa ma kształt kwiatu
i dlaczego moje oczy świecą jak dwie gwiazdy
i dlaczego moje wargi czerwieńsze są niż świt
chwyciłam miłość aby ją połamać
lecz giętka była oplotła mi ręce
i moje ręce związane miłością
pytają ludzie czyim jestem więźniem
Halina Poświatowska
* * *
właśnie kocham
więc dłonią
obrysowuję każdy nerw
wiązanie ze złota
właśnie jestem
więc liściom
które wytrysną z drzewa
łagodnej sierści trawy
która wyrośnie
jabłkom które dojrzeją
szepczę w zielone ucho wiosny
że wczoraj ciemno
w błękitnym morzu
utopiono śmierć
Halina Poświatowska
* * *
najbardziej patetycznym strachem świata
jest człowiek
popatrz
oto rozkłada ręce
i gromada świergocących wróbli
na kapeluszu siada
najbardziej patetycznym wróblem świata
jest człowiek
sztywno
z rękoma przyciśniętymi do boku
leżący
suchość pergaminu
szeleści
w liściach jesiennego klonu
w czuprynie drżącej
najbardziej jesiennym klonem świata
jest człowiek
złoto rzucający
Halina Poświatowska
* * *
bo właśnie chcę najprościej
na srebrnej tacy księżyca
podać ci kolację
i patrzeć - jak zgryzasz
śpiący złoty
pomarańcz obcisłą skórę
potem
palcem
przeciągnąć po twoich ustach
całych w pomarańczowej krwi
i ustom moim ponieść
pachnącą wieść o tobie
najzwyklej
na złotej tacy słońca
przynieść pogodny świt
ponad twym łóżkiem wzejść
gdy wstajesz
i przeciągając srebrne ramiona
mówisz - dzień
Halina Poświatowska
* * *
Urok trybu przypuszczającego
no widzisz
mógłbyś mnie nazwać żoną
mógłbyś mnie posadzić
na najwyższym dachu New Yorku
i ziemię
okrągłą nagle - małą
głodnym palcom dać
palcom i ustom
widzisz
mogłabym chwiać nogami
w zupełnie nowych pantoflach
ponad dachami New Yorku
i nocą
bać się
mrocznej twarzy najczarniejszego Murzyna
mógłbyś w gorące południe
przynieść przejrzyste szkiełko lodu
i zamiast pocałunku
włożyć do topniejących ust
mógłbyś
pocałować moje usta
i włosy
bardzo samotne w swej nieustannej obecności
dłonią zręczną
w uśmiech zagładzić
w mrok
Halina Poświatowska
* * *
jak owoc na gałęzi
ciążę
pozwól aby łagodnie
w dół twojej prostej szyi
zsunął się
owoc letni
pozwól mu aby odszedł
pełen bolesnego dosytu
owoc
nie wspinaj się na drzewo
nie mąć spokoju gałęzi
pozwól mu przyjąć do rąk
jak owoc jestem
Halina Poświatowska
* * *
przychodzi do mojego domu
jak zmarznięty bocian
pytam - poezjo co ci
a ona mówi
że już jest oswojona
i że prosi o kroplę mleka
i nie karmię jej
nigdy nie karmię do syta
i skrzydłom nie wierzę opuszczonym
bo wiem że rozkwitną
jak ziemia wiosną rozkwita
i poniosą ją z mojego domu
Halina Poświatowska
* * *
wczoraj pisałam wiersze
tak jak dziś rozdaję pocałunki
moje pocałunki potaniały
wiersze są coraz rzadsze
wiersze już piszę tylko wtedy
kiedy zrani mnie kolor kwiatu
albo kiedy nietoperz
w nocnym przelocie
dotknie mojego policzka
całuję o każdej porze roku
całuję przygodnie spotkanych
studentów lekarzy poetów
oni potem piszą o tym wiersze
tak jak ja rozdaję pocałunki
garściami
bezmyślnie
pośpiesznie
Halina Poświatowska
* * *
rozstanie jest ptakiem
który rozpostarł pióra
ode mnie do ciebie
wszystkie pióra są ciemne
wszystkie dni
bez ciebie
noce drżą
rozsypane pióra
po niebie
kiedy przyjdziesz
złote pióra zbiegną się w słońce
umrze ptak
Halina Poświatowska
* * *
znowu pragnę ciemnej miłości
miłości która zabija
tak o śmierć modli się
skazany
przyjdź dobra śmierci
rozrzutna bądź jak noc sierpniowa
bądź ciepła
dotknij mnie lekko
odkąd poznałam prawdziwe imię
przygotowuję moje serce
na ostatni urwany wstrząs
Halina Poświatowska
* * *
czekam na ciebie obok tej nocy
która przysiadła na sąsiednim krawężniku
i ciemne usta podpiera
i ma postać Murzynki
chmurne oczy
na policzku cień liścia palmowego
mówię tej nocy - nie dzwoń złotem gwiazd
uspokój w falach sukni wiatr
czekaj
przecież wiesz że on przyjdzie
jak deszcz co myje włosy
wyschniętego na słońcu drzewa
Halina Poświatowska
* * *
pokornie cię kocham
widzisz
nawet łokieć swój kocham
bo raz był twoją własnością
widocznie tak można
z najprawdziwszym mieniem
rozstać się
i nie patrząc wstecz odejść
widocznie można
pośrodku chłodnej ziemi
zostać
Halina Poświatowska
* * *
podziel się ze mną
mojej samotności chlebem powszednim
obecnością zapełń
nieobecne ściany
pozłoć
nie istniejące okno
bądź mi drzewami
nade wszystko drzewami
które można otworzyć
na oścież
Halina Poświatowska
* * *
no i co o niej wiesz
o niej która ma włosy
zaledwie sięgające stóp twoich
której oczy
powiększone kredką jak miłością
świecą na firmamencie
twego płaskiego nieba
nie dorosłeś
do pięt jej urody
i tylko gdy śpisz
przeciągając ramiona - ogromny
ona maleje nagle
by wejść
we wnętrze twojej zaciśniętej dłoni
Halina Poświatowska
* * *
mój kochanek wcale nie jest piękny
i charakter ma raczej trudny
ale kto mi umaluje niebo
w ciemny fiolet popołudnia
gdy pozwolę mu odejść i niewrócić
mój kochanek ma gorące usta
i rząd ostrych zębów gdy śmiechem
odpowiada na wyzwanie świtu
mój kochanek ma usta które wschodzą
półksiężycem nad każdą z moich nocy
mój kochanej nie jest czuły jego oczy
w prostokącie ulicy tańczą
zażega w dziewczętach płomień
uczepiona u jego cienia
trzymam miłość twoją za włosy
w jego cieniu wątłe źdźbło trawy
w kwietniową jabłoń rozkwita
Halina Poświatowska
* * *
jeśli zechcesz odejść ode mnie
nie zapomnij o uśmiechu
możesz zapomnieć kapelusza
rękawiczek notesu z ważnymi adresami
czegokolwiek wreszcie - po co musiałbyś wrócić
wracając niespodzianie zobaczysz mnie we łzach
i nie odejdziesz
jeśli zechcesz pozostać
nie zapominaj o uśmiechu
wolno ci nie pamiętać daty moich urodzin
ani miejsca naszego pierwszego pocałunku
ani powodu naszej pierwszej sprzeczki
jeśli jednak chcesz zostać
nie czyń tego westchnieniem
ale z uśmiechem
zostań
Halina Poświatowska
* * *
mówił - że kocha mówił
a teraz mieszkam
w jego uśmiechu
i kreślę
granicę bioder
tak wąskich
jak pień młodego świerka
którego urodę
chwaliłam wczoraj
nim on
śpiewne pragnienie posiał
w moich dłoniach tańczących
w moich stopach na palce wspiętych
w zębach
tęsknię
w wielkiej zadumie
podpieram brodę ręką
myślę - o skórze myślę
której smak
cierpko złoty
pamiętam
Halina Poświatowska
* * *
liściu
osłoń mnie zielenią
jestem jesienne nagie drzewo
z zimna drżę
wodo
napój mnie
jestem piaskiem
gorącej suchej pustyni
wiatr mnie przegarnia ręką
ogrzej mnie
ty który jesteś słońcem
przed którym stoję
ukryta w słowach jak w drzew cieniu
źródło bijące
Halina Poświatowska
* * *
za całą moją miłość - bracie Aniele
dałeś mi złoto w tle i błękitną suknię
i przypiąłeś mi parę skrzydeł
i uniosłeś w niebo
a ja nie jestem gwiazdą
żaden z moich promieni nie rozdarł ciemności
w ciemności umiem tylko kochać
i o kolorach nie wiem nic
w moich zaciśniętych dłoniach złoto zachodzi czernią
i krew pochłania błękit
i nisko do ziemi
- jak ciało moje do twego -
przywiera moje ciało
Halina Poświatowska
* * *
zawsze kiedy chcę żyć krzyczę
gdy życie odchodzi ode mnie
przywieram do niego
mówię - życie
nie chodź jeszcze
jego ciepła ręka w mojej ręce
moje usta przy jego uchu
szepczę
życie
- jak gdyby życie było kochankiem
który chce odejść -
wieszam mu się na szyi
krzyczę
umrę jeśli odejdziesz
Halina Poświatowska
* * *
nie potrafię być tylko człowiekiem
jest we mnie spłoszona mysz
i łasica węsząca zapach krwi
i przestrach i pościg
porosłe włosem mięso
i myśl
nie umiem być tylko drzewem
wytrwały wzrost nie jest moim jedynym
celem
ani tężenie konarów
ani owoc
ani kwiat
ciekawością nacięłam korę
oszlifowałam zastygłe żywiczne krople
żywą tkankę zamieniam codziennie
na świecące próchno słów
słowami
skarżę się z moich udręczeń
jak gdyby liryka była kluczem
którym można by otworzyć
zatrzaśnięty przed wiekami raj
Halina Poświatowska
* * *
Boże mój zmiłuj się nade mną
czemu stworzyłeś mnie na niepodobieństwo
twardych kamieni
pełna jestem twoich tajemnic
wodę zmieniam w wino pragnienia
wino - zmieniam w płomień krwi
Boże mojego bólu
atłasowym oddechem wymość
puste gniazdo mojego serca
lekko - żeby nie pognieść skrzydeł
tchnij we mnie ptaka
o głosie srebrnym z tkliwości
Halina Poświatowska
* * *
tak wiele serc ku tobie biegnie
że mógłbyś być
i najszczodrzej
słońcem pozłocić moją nędzę
spójrz - znowu się do ciebie modlę
o tkliwość
potężny
kto jeszcze tak w ciebie uwierzy
komu jeszcze będziesz tak potrzeby
jak mnie
najuboższy
odarty ze świetności jak styczniowe drzewo
płynący ze wstydu
w brunatnym ciele pnia
wysłuchaj
proszę o tkliwość
spuść na mnie łask krople słone
ręce rozrzutne
i ciepło warg
Halina Poświatowska
* * *
odkąd ptaki odfrunęły z moich snów
i gwiazdy zgasły
nie wiem jak nazwać
strach śmierć i miłość
przyglądam się dłoniom
bezradne
oplatają jedna drugą
i moje usta milczą
bezimienne
wyrasta nade mną niebo
i coraz bliższa
bez imienia
ziemia rozkwita
Halina Poświatowska
* * *
jeszcze jedno wspomnienie
przed chwilą napisałam słowo
jestem starsza o słowo
o dwa
o trzy
o wiersz
starsza - co to znaczy starsza
w abstrakcji którą nazwano historia
wyznaczono mi wąski przedział
stąd - dotąd
rosnę
a abstrakcji którą nazwano ekonomia
nakazano mi żyć
w abstrakcji którą nazwano czas -
błądzę
gubię się
i błądzę
w Metropolitan Museum
w dziale egipskiej rzeźby
kamień uśmiecha się kobiecymi ustami
Halina Poświatowska
* * *
oswajanie słów
jest trudniejsze
niż oswajanie tygrysów
one własną zwinnością zdumione
przeciągają wśród traw
wpełzają kocio na drzewa
poruszają wargami
z bliska
zapach mięsa i pierza
ostry zapach krwi
trzeba pokochać je wszystkie
aby popis
wypadł pomyślnie
Halina Poświatowska
* * *
myślę że jest trudno pisać wiersze
spójrzcie ile razy nie udaje się to tym
którym powinno się udać
ale myślę także że niełatwo jest
połykać truciznę zdobywać szczyty gór
przepłynąć kanał La Manche
a jednak to wszystko są ludzkie osiągnięcia
dlatego ośmielam się raz jeszcze
Halina Poświatowska
* * *
pokazują mi słowa
mówią
zapach róży można odnaleźć w słowie
a ja znajdę papier papier i papier
ani zapachu
ani koloru
i wiem
że snop iskier
gdy robotnicy spawają szyny tramwajowe
a my stoimy kołem
dwóch chłopców dziesięcioletnich i ja
snop iskier
znaczy o wiele bardziej światło
niż słowo światło
i gdy mój znajomy sparaliżowany w fotelu na kółkach
odgryza kawałek chleba który mu podaję
to przychylenie jego głowy
ruch szczęk
ma w sobie więcej życia
niż słowo życia
Halina Poświatowska
* * *
kobiety ceni się za urodę
mężczyzn za cień od rzęs długich
a poetów za to ze w słowie
kryją ptactwo wzruszeń seledynowych
nocą - podłużną od smukłych kolan księżyca
wychodzą na bardzo biały światłem porosły pagórek
klęczą nad martwym ptakiem ciszy
szepcząc modlitwy nabrzmiałe tropikalnym bólem
ponad nimi naprzeciw nieruchomego księżyca
komary lęku brzęczą przezroczystymi skrzydłami
a potem pada deszcz - i do domu wracają poeci
pisklęta słów chowając - pod zmokłymi płaszczami
Halina Poświatowska
* * *
daj rękę
zaprowadzę cię w krajobraz mistrza Li
tam delikatne kolory płowieją
w słońcu
ziemia oddycha
jakby nie żyła
i spokojny uśmiech mistrza
na ziemi
twoje włosy wiatru pełne
przylgną do policzków
twoje dłonie pragnieniem zgięte
palcami otwartymi zakwitną
cisza mieszka
w spojrzeniu mistrza Li
patrzy oczodołami
i słońce nazywa po imieniu
i światło w słowie pieści
jak włosy
i kolor gładzi
i mówi
dłoń ucisz wyciągniętą
a świat ci podam
na dłoni
Halina Poświatowska
* * *
mokra Ofelia
czerwienią
wspięta na policzki
rozsypała się w płatkach po wodzie
wielki księżyc zgarnęła w rękaw
potem z nagła włożyła na głowę
i na palcach
na włosów krańcach
w tej czerwieni
to złota to święta
tańczyła
jakby wiatr ją opętał
popłynęła wzdłuż rzeki stromo
z wodorostów tłumem ze słomą
wplątaną w zaciśnięte palce
wyciągnęłam ją z wody białą
i na drogach pasmem świetlistym
rozwiesiłam te włosy aby wyschły
Halina Poświatowska
* * *
mówili: czarownicą jest ta kobieta
więc zedrzemy z niej kieckę
posmakujemy kształt ciemnego ciała
a ona była bielsza
od liści
zdarli i prowadzili nagą
więc trwożyły się uda
wiedzące
o swej własnej obłej urodzie
mówili: prostsza od kwiatu
a gdy rosła w płomieniu
podłużnym krzykiem dosięgając chmur
paznokcie spojrzeń
zgłębili w jej piersi
gorący popiół
do otwartych tulili ust
Halina Poświatowska
* * *
na wiosnę
wychodzą z ziemi gałęziste kształty
trzęsą rosochatymi łbami
i nawet wieże kościołów
przybierają niezdrowy odcień zieleni
moja znajoma Małgorzata
(nazwisko egzotyczne)
uśmiecha się
klaszcze w ręce
na myśl o nowej sukni
już wiosennej
na płycie sarkofagu biała
drzewa naprzeciw
myślałam
przefruwający ptak
zawadził skrzydłem o gałąź
skrzydło było zielone
i zielone pierze
zawisło na gałęzi
eksplozja
nagle pośrodku miasta
wszystkie piwnice otwarte
i w górę
pachnąca szczurem i pleśnią
wypełza
wiosna
Halina Poświatowska
* * *
lubię żony
w ich ciałach płodnych dosyt mieszka
one są jak czereśnie pod czerwienią jagód
w sadzie przydrożnym
drzewa
w zapachu dusznym
niewielkie
ciężarem przeznaczeń zgięte
w ciałach obłych
drzemie sen ziemi
żony
miękką dłonią
gładzące
nie golone podbródki niedźwiedzi
którzy mrucząc podłużnie
w oswojeniu trwają
ciepłe żony
na palcach
sprawdzające sen
odpychające ręką
węża
zwiniętego przy nogach łóżka
czeszące włosy pod lampą
o ciężkie ramy pożądania wsparte
plecami z greckich waz
Halina Poświatowska
* * *
w półokrągłych ramkach
macierzyństwo
łask pełne ręce i usta
włosy bardzo spokojne
rysują owal twarzy
z chmur pobrzeżonych złotem
jak z wąskich chłodnych nóg
rodzi się letni dzień
strumykiem ciepła
pomiędzy chmurą i chmurą
spływa
pogoda zamyka w dłoni
szarą kulistą ziemię
i złotem
napełnia ją od wewnątrz
więc uśmiechają się kontury drzew liści
a także ciemny chrząszcz
w brązowym futrze
na ciężkim kłosie
skrzydła senne rozpina
Halina Poświatowska
* * *
rzeka przepływa przeze mnie
cierpliwością nieskończoną
kamień gładzę
moje palce
po ostrym obwodzie prowadzę
żeby zmiękł kamień
pokornie
przywarł do moich rąk
rzeka przepływa przeze mnie
umywam liście drzewom
i zdradliwie
spod mych nóg
złoty piasek wyjadam
żeby osunęły się we mnie
rozchwianym gałęziami
dotknęły moich ust
rzeka przepływa przeze mnie
przeciągam ręką
grzbiet koci
śpiewa futro
w gałęziach popłoch
drzewa
trzepocą
Halina Poświatowska
* * *
nie rzuca się kobiet
bo płaczą
w rogu wszechświata zwinięte
gwiazdom chłodnego blasku zazdroszczą
gwiazdy
za rozchwiane pociągają włosy
nie rzuca się kobiet
pożądaniem ścięte
jak lodem
usta cisną do brunatnego pnia
i nawet księżyc
może je zagarnąć
białą ręką z fosforu
tak powolne
w miłość czarną
owinięte szczelnie
cyprysem kwietniowym rosną
na grobie
Halina Poświatowska
* * *
naprzeciw obrazu
kto zrozumie
odwagę twojego ciała
kto odczyta do końca
potrzebne oddanie brwi
tkliwy fiolet dotyku
złoto w tle
i poniżej włosów
zmierzch
pełen życzliwych drgających gwiazd
Halina Poświatowska
* * *
imię
umarłeś
a teraz
do twoich rozsypanych włosów
modlę się co dzień
dobry duchu żywych
milczący
nie potępisz
spojrzeniem
nie wybiegniesz naprzeciw
naszych związanych ust
jesteś
złota rozchwiana ziemio
przesypuję cię ręką
jesteś
przebaczająca
nieskończona
piękna
poprzez usta i ręce
- siostra -
nazywam cię siostrą
na rękach
wyniosłam cię z wody
i położyłam na piasku
żebyś wyschła - Inge
Halina Poświatowska
* * *
w niebie i na grzędach
rosną ciepłe uczucia
człowiek
malutkie zwierzę w kuse futro
marznie
malutki człowiek przestępuje z nogi na nogę
prędko prędzej
malutki człowiek rozciera bezwładnie ręce
dmucha
w bezsilne ręce
na krawężniku
szosą
w zamkniętej karocy paraduje świat
ubrany
Halina Poświatowska
* * *
moim sąsiadem jest anioł
on strzeże ludzkich snów
dlatego wraca późno do domu
na schodach słyszę dyskretne kroki
i szelest
zwijanych skrzydeł
on rano staje w moich drzwiach
otwartych na oścież
i mówi:
twoje okno znowu
świeciło długo
w noc
Halina Poświatowska
* * *
ten zamek nie ma drzwi
ani okien
w gładkich ścianach odbija się słońce
deszcz oprządł je jak pająk
drzewa kwitną na zewnątrz
przelatujący wiatr
milknie
napotykając kamienny opór
ten zamek wznosi się wysoko
na górze której nie nazwę szklaną
aby nie piętrzyć trudności
bo i czym jest skała
jeśli w jej wnętrzu
bije źródło?
wystarczy zwykła wieczność
aby życiodajna woda
wyrzeźbiła korytarz na światło
ziarno po ziarnie
wilgotnieje gładki chłodny ziąb
Halina Poświatowska
* * *
przed chwilą mówili mały
interesowny płytki
a teraz cisza ich słowa zarosła
ktoś zauważył łagodnie
że tydzień temu ten człowiek
popełnił samobójstwo
pospiesznie
blaszany wieniec
upleciono mu z ciszy
potem dyskutowano dalej
o najważniejszych zdarzeniach w poezji
Halina Poświatowska
* * *
płomień
żyje doskonale bo krótko
i w ciągu życia - które trwa
nie dłużej niż
olśniewającą chwilę
pochłania tysiąc woluminów
in quarto
wciela się w najprzedniejsze umysły
niczym dla niego ilość
i jakość
(popatrz na aleksandryjską bibliotekę
ta spłonęła
w ciągu nieledwie dnia)
i pozostaje po nim
miałki proszek
nadający się do czyszczenia
srebra
manuskrypty o złoconych brzegach
szczególnie są mu bliskie
lubi poezję
ale nie pogardzi dziełem
wyobraźni analitycznej
Halina Poświatowska
* * *
śmierć
mędrzec
wpatrzony w twoją smutną twarz
białą
nic nie wie o tobie
oprócz tego
że unicestwiasz ciało
rozsypujesz ciało
hojnie
wzbogacasz pyłem wiatr
kiedy cię poją kadzidłem
obiecujesz odejść
niechętnie
snujesz się przez kościół
wzdłuż
smugą kadzidelnego dymu
oni myślą że ciebie nie ma
jesteś
jesteś
bo jakżeby inaczej
można było nie żyć
dla przyrodnika
jesteś zagadką jak życie
dla fizyka
przeistoczeniem materii
dla wierzącego
przejściem do innego bytu
dla nas cierpiących
wyzwoleniem
Halina Poświatowska
* * *
wdowa
czy jest naprawdę żałobna
czy tylko wronio zamyślona
ociera łzy chusteczką w groszki
a kiedy grzebie w walizce
z rękopisami
oczy ma twarde jak metal
żona?
wdowa
w szufladzie z bielizną
układa opuszczoną koszulę
sweter kolorowy
wszystko
martwe - niepotrzebne nikomu
potem - ustawia kwiaty
na odkurzonym biurku
bierze kraciastą torbę
wychodzi
szepcząc w drzwiach nieżywemu
"do widzenia"
Halina Poświatowska
* * *
veritas
jeśli wyciągnę ręce
i zechcę dotknąć
natrafię na miedziany drut
przez który płynie elektryczny prąd
posypię się
popiołem
w dół
fizyka jest prawdziwa
biblia jest prawdziwa
miłość jest prawdziwa
i prawdziwy jest ból
Halina Poświatowska
* * *
drogi
to były tylko podłużne ciała
falujące na wietrze
to był wiatr
schwytany w usta stopy ręce
we włosach wiatr
w paznokciach
w palcach
czarne i śliskie
wędrujące po nieskończonych drabinach nocy
w trójkąty płetw
chwytające wieczność
żonglujące gwiazdą
obłe
złowieszcze
seledynowym dźwiękiem
przywarte do mięsa krat
w ciało żelaza wsparte
pulsujące
wyrzucające szybkie podeszwy
dosięgające niedużych niebieskich firmamentów
współzatrzymane w locie
skrzydłem straconego anioła
podpierające usta
smutne
gdy z nieskończoności ruchu
woła ich ziemia
odpychające stopą
uśmiechnięty złoto piach
Halina Poświatowska
* * *
bez ciebie
jak bez uśmiechu
niebo pochmurnieje
słońce
wstaje tak wolno
przeciera oczy
zaspanymi dłońmi
dzień -
w trawie
przebudzony motyl
prostuje skrzydła
za chwilę
rozbłysną
zawirują najczystszą abstrakcją
kolory kolory kolory
szeptem
modlę się do uśpionego nieba
o zwykły chleb miłości
Halina Poświatowska
* * *
na drzewo mówię: drzewo
witaj mówię
ty z liści i brunatnej kory
z łodygą owiniętą dookoła moich rąk
giętkie w podmuchach wiatru
pieszczone słońcem
całowane rzęsami księżyca
witaj
przytulam liść do policzka
czuję jedno tętno w mojej krwi i w twojej
kochaj mówię
kochaj - odpowiadasz
jesteś - mówię
jesteś -
istniejemy przez miłość
miłością jesteśmy
my rozkwitłe w seledynowym maju
pod wielkim pustym niebem
Halina Poświatowska
* * *
jesteś powietrzem
które drzewa pieści
rękoma z błękitu
jesteś skrzydłem ptaka
który nie trąca liści
płynie
jesteś zachodnim słońcem
pełnym świtów
bajką ze słów które mówi się
westchnieniem
czym ty jesteś -
dla mnie - świeżą wodą
wytrysłą na skwarnej pustyni
sosną - która cień daje
drżącą osiką - która współczuje
dla zziębniętych - słońcem
dla konających - bogiem
ty - rozbłysły w każdej gwieździe
której na imię miłość
Halina Poświatowska
* * *
zamknięta
w biegłości moich palców
czym jestem i czym jest
moja miłość ku tobie
zanurzone we włosach twoich
moje palce czy wiedzą
o własnej umiejętności
i czy to świadomość pieszczoty
powoduje wzrost
wątłych łodyg trawy
Halina Poświatowska
* * *
miałam tylko nieco wiosenny zapach
wiatru we włosach
uśmiech
rozsypany cienkim dreszczem
po wodzie
byłam biedna
więc Krezus
przyszedł ubrany w fiolet
i spłynął złotem
z przepastnych otchłani nieba
milion gwiazd
zatańczyło
pod bzowym pniem
wzięłam gwiazdy
do zielonej sukienki
przyszpiliłam żeby świeciły
noc była ciepła i miękka
więc kiedy mnie ujrzałeś
ubraną w noc
stanąłeś
olśniony tym bogactwem
powiedziałeś głucho
kocham cię
powiedziałeś -
kupiłam miłość
za milion gwiazd
nieba
Halina Poświatowska
* * *
byłeś dla mnie tylko czworokątem papieru
lecz moje serce ma właśnie taki kształt
byłeś więc moich sercem
i ten sam pospieszny rytm ożywiał papier
powiększał do rozmiaru drzewa
twoje słowa były liśćmi
a smutek mój wiatrem
twoje słowa jaśniały kolorem
od moich oczu
i od moich ust chciwie chwytających słowa
i od dłoni
którymi rozrywałam koperty tak delikatnie
jak gdybym z włókna
rozrywała twoje bijące serce
upłynęły dwa lata
mój krzyk przysypał biały śnieg gęsiego pierza
biały krzyk gęsiego pierza poplamiony czerwienią
pociemniał zapach
i tylko drzewo -
pamięć rośnie zaborczą zielenią
Halina Poświatowska
* * *
ballada
kiedy go żegnała na progu
wyciągała ręce
żeby dotknąć wiatru
wokół ciemnych ust
odszedł
łzy zmoczyły chusteczkę w groszki
żaliła się gilom i drozdom
wychodziła na drogę boso
patrzyła -
nie wracał
księżyc nocą zastukał w okno
wstała z łóżka - zadźwięczały szyby
płynął wąski strumyk pocałunków
w noc
drzwi rozdarte - roztrącone ściany
w białej twarzy - zgasłe źrenice
i tak świeci - czerwony czerwony
nóż
Halina Poświatowska
* * *
jej czułości trzeba powiedz
żeby rozproszyć cienie pod oczyma
jakiej pieszczoty żeby z kreski ust
wydobyć pełnię księżyca lub kwiatu?
jakiej miłości
żeby ugasić krater rozedrgany
otwartą ranę ziemi która
nie chce się zgoić czy nie umie...
Halina Poświatowska
* * *
ty miły jesteś ślepy
więc cię nie winię
ale ja miałam dwoje oczu widzących
na nic
widzącymi oczyma
nie dostrzegłam twojego serca
chwytnymi rękami
nie ujęłam
i wymknęło mi się
jak ziemia bogu
żeby zataczać się po orbitach
samotności
i stałeś się odległy
jak Mleczna Droga
widny już nocą tylko
bezsenną z chłodu
Halina Poświatowska
* * *
Mój kochany zapytał mnie: czy wierzysz w życie po śmierci?
Odpowiedziałam: uwierzę, ale tylko wtedy, jeśli róża,
która tego wieczoru zakwitła w naszym ogrodzie, pachnieć będzie
po zgonie wszystkich swoich płatków.
Mój kochany zapytał mnie: czy chcesz pójść do nieba?
Zechcę - odpowiedziałam - ale tylko wtedy, jeśli niebo jest ciepłe
jak twoje ramiona, przestronne jak twój oddech i dzikie jak pocałunek.
Mój kochany zapytał mnie: czy zawsze będziesz mnie kochała?
Odpowiedziałam: jeśli wieczność jest chwilą pomiędzy moim sercem
pustym a moim sercem wezbranym z miłości, nigdy nie będzie czasu,
w którym nie kochałabym ciebie.
Halina Poświatowska